5ściana - III dzień festiwalu

 

Po co komu majtki!? - Patrycja Małek

Kontrowersyjnie! – Tak można krótko skwitować „Święto Wiosny” Kieleckiego Teatru Tańca. Piękne kobiety, przystojni mężczyźni – każdego dokładnie po sześć. Kawałki gruntu pokryte trawą mające symbolizować naturę, stają się jednym z najważniejszych rekwizytów wykorzystanych w spektaklu. Tylko ciemnozielona ściana służąca za tło była jakby… laboratoryjna. W istocie – lubelska widownia stała się świadkiem dziwnego eksperymentu, który mimo swojego set-letniego rodowodu, wciąż jeszcze szokuje. Ostra, głośna i momentami gwałtowna muzyka była doskonałym podkładem dla dynamicznej i pełnej zaangażowania choreografii. Emocjonujące ruchy, wymagające od tancerzy naprawdę dobrej kondycji i wspaniała współpraca w grupie – wszystko godne podziwu. Tylko o czym tańczono?

Miał być rytuał, trudny związek człowieka z naturą i człowieka z człowiekiem oraz barbarzyństwo -  zostało chyba tylko to ostatnie. „Męskość” przejawiająca się w niezaspokojonych popędach, pierwotnych, zwierzęcych instynktach i sile fizycznej przewyższającej kobietę. I „kobiecość”, czyli kokieteria, ciało i seks. Te dwie alegorie płci tworzą ciężkostrawną mieszankę, której punktem kulminacyjnym jest zbiorowy gwałt na jednej z kobiet. Warto podkreślić, że gwałt jest motywem przewijającym się przez większość inscenizacji. Kobieta składa ofiarę w postaci swojego ciała i tańczy całkowicie nago. Bardzo odważne, nieczęste rozwiązanie kostiumowe, z pewnością wymagało od artystki sporego poświęcenia, jednak nie do końca jest jasne dlaczego tę ofiarę musiała złożyć. Ku chwale wiosny? A może tego wymagał „rytuał” gwałtu? A może na tym polega jednoczenie się z naturą? Naga kobieta pozostała jednak nagą samotnie – nikt z grona młodzieży nie zechciał wraz z nią „łączyć się z naturą” – no chyba, że za naturalny uzna się gwałt.

„Święto wiosny” stawia na erotyzm, a nie na człowieka i człowieczeństwo, czy naturę. Konwencja podkreśla fizyczne różnice płci, wszystko zostaje uproszczone. Z jednej strony istnieje walka mężczyzny z kobietą, a z drugiej pragnienie dzikiej seksualnej orgii. Trudne wyzwanie postawiono przed Kieleckim Teatrem Tańca, ale niełatwo miała także publiczność. Ciężko spodziewać się tyle agresji, autentyczności i braku tabu na scenie. Aż chciałoby się powiedzieć: „Przyszedłem do teatru, a obejrzałem MTV”.

 

Impresja ze spektaklu „Święto wiosny” - Jarek Olejniczak
Wiosna

Pogubiłem się,

W powszedniej samotności,

Amerykańskich serialach,

Szybkim życiu, rozwiązłości.

Pomyliłem więc,

Moc żądzy z żądzą miłości.
Chciałbym inaczej

Lekko, zabawnie, radośnie,

Pięknie i wzniośle.

Gdybym mógł poukładać sobie w głowie…

Zapomniałem, że kobieta też człowiek.
Nie będzie zatem

Wspólnego, bezpiecznego,

Jednego ciała i duszy

Nie zapomnisz nigdy złego.

Odgaduje, że

Id wzięło górę nad ego.
I niech ludzie mnie nie sądzą

Ja tylko pomyliłem

Piękno pożądania z żałosną żądzą.

 

„Ale, o co chodzi?” -  czyli wrażenia laika - Angelika Stępień

Ale, o co chodzi? To pierwsze słowa, jakie takiemu laikowi jak ja, przyszły na myśl, jeżeli chodzi o Teatr Tańca. Mówiąc szczerze zupełnie nie wiedziałam gdzie patrzeć, kogo wypatrywać, jedyne, co widziałam to profil Twittera czy innego portalu społecznościowego wyświetlony na ścianie budynku Centrum Kultury. Słyszałam także dziwną muzykę, czy może raczej tony, które nijak nie pasowały mi do znanych – mniej lub bardziej popularnych gatunków muzyki. Był to miks jak sądzę sygnałów nadchodzących wiadomości, bitów i innych trudnych do zidentyfikowania dźwięków.

Przenikliwość dźwięków wzrastała, a ja stałam w oczekiwaniu, aż… no właśnie, co? Dopiero po chwili zorientowałam się, że na placu pojawiła się tancerka, a może ona tam była wcześniej, tylko ja jej nie zauważyłam. Jednak trudno mi się dziwić, gdyż miała na sobie normalne ubrania, a nie trykot czy inny strój do tańca, jak się spodziewałam.W pewnym momencie, pojawiła się druga tancerka, przy czym pierwsza przestała tańczyć i przeszła do innej części placu. Było to niesamowite, gdyż artystki tańcząc na zmianę przenosiły się w różne miejsca, wykorzystując przy tym elementy przestrzeni. Walczyły z prawem grawitacji i „naginały” je do własnych potrzeb, przez co prezentowały swoisty pokaz sił, zupełnie jakby chciały zaznaczyć swoją pozycję i pokazać, która co potrafi. Dodatkowo efekt ten był wzmacniany przez stale pojawiające się projekcje filmików ze wspomnianego już portalu społecznościowego. Pokazy niekiedy ukazywały ludzi wykonujących określone kroki taneczne, to znów improwizujących lub wykonujących tak prozaiczne czynności, jak odsłanianie okien, którym towarzyszyły różne mniej lub bardziej dające się zidentyfikować dźwięki.

Odniosłam przy tym wrażenie, że każdy z tych filmików, a także kroki czy ruchy wykonywane przez drugą tancerkę stanowiły, dla nich wzajemne źródło inspiracji. Sam występ pozbawiony był jakiekolwiek scenariusza, zaś idea performansu „jako sytuacji artystycznej, której przedmiotem i podmiotem jest ciało, performera w określonym kontekście czasu, przestrzeni i własnych ograniczeń”, została tu moim zdaniem w pełni zrealizowana. Przy tym stałe punkty, jakich się spodziewałam, takie jak stroje taneczne, muzyka, czy wyraźny początek występu nie pojawiły się. Złamało to tym samym utarte konwenanse i wprowadziło coś zupełnie nowego, świeżego, a równocześnie całkowicie prozaicznego.

Wracając zaś, do samego wstępu, kolejno już po „próbie sił”, kiedy to każda z tancerek zaprezentowała swoje umiejętności, artystki zaczęły tańczyć równocześnie w pewnym oddaleniu od siebie. Odniosłam wtedy wrażenie jakby rywalizowały ze sobą o uwagę widza, a także chciały pokazać, która jest lepsza, przy czym granica między nimi zaczęła się stopniowo zmniejszać, a ich interakcja stała się bliższa. Rozpoczęły tańczyć naśladując swoje własne ruchy, dotykając jedna drugiej, a każda z nich zachowywała „własną oryginalność choreograficzną”, to znaczy nie naśladowała po prostu ruchów tej pierwszej, ale dodawała coś od siebie bądź zmieniała. W końcu zbliżyły się do siebie i zaczęły tworzyć symbiozę, w której nie były swoimi cieniami, ale jednym organizmem. Ich ruchy stały się tak płynne, że odnosiło się wrażenie, iż czytają sobie w myślach, aby swoim kolejnym ruchem idealnie wpasować się w ten poprzedni wykonany przez tą drugą. Na koniec, nastąpiła separacja i delikatne, w równym tempie, wycofywanie się w tył, zupełnie, jakby to co się działo, osiągnęło swoje apogeum. Była nim właśnie ta jedność i umiejętność dotrzymywania sobie nawzajem kroku i współpracy w celu stworzenia czegoś, przy równoczesnym zachowaniu swojej indywidualności i odrębności, a także ważności obu osób w równym stopniu.

Na koniec mogę powiedzieć jedynie, że od szoku, przeszłam do zaskoczenia, mimo wszystko pozytywnego.