5ściana - IV dzień festiwalu

Muzyka ciała (o Re-mapping the Body) - Anna Kiszka (MAKThttp://mobilnaakademiakrytykitanca.wordpress.com/)

Czy ciałem można pisać muzykę? Czy może stać się ono kompozytorem i instrumentem? Czy ścieżka dźwiękowa spektaklu może powstać z tego samego ruchu, na który zwykle po prostu patrzymy?Pytania te, stały się fundamentem Re-mapping the Body, pokazanego przez Companie Linga. Szwajcarska grupa, która chętnie szuka choreograficznej odpowiedzi na różne zjawiska społeczne oraz bada, jak odbijają się one w ciele, tym razem eksperymentowała z samym tworzywem teatru tańca. Na 17 MSTT to kolejna propozycja z kategorii: „ciało i jego ruch w powiązaniu z nowoczesną technologią”. W pokazanym drugiego dnia Apparition, przestrzenią eksperymentu była sfera wizualna, w Re-mapping spotkanie tancerza z technologią, odbywa się na terytorium dźwięku.Narzędziem, z którego korzystają tancerze (Blenard Azizaj, David Gernez, Hyekyoung Kim, Ai Koyama, Dorota Lecka i Michalis Theophanous), jest czujnik, który został umieszczony na ciałach aktorów. To właśnie on rejestruje ich ruchy, a następnie przypisuje im dźwięki. Specjalnie zaprojektowany system, pozwala zbierać „dźwięki ciał” i modelować z nich ścieżkę dźwiękową spektaklu: muzykę złożoną głównie z trzasków, szumów, głębokich basowych pomruków i delikatnych szelestów.   Spektakl nie ma fabuły. Jego szkielet tworzy „proces produkcji” dźwięku, a strukturę podtrzymuje kilka scen, w tym początkowa i końcowa, które tworzą wyraźną klamrę kompozycyjną. Moment założenia czujników jest elementem choreografii.  Początkowo tancerze zdają się nie wiedzieć, że to ich obecność na scenie jest źródłem dźwięku. Odkrywają to stopniowo, dlatego szczególnie ważna staje się solowa scena, w której jedna z tancerek po raz pierwszy używa czujników świadomie –porusza się tak, by skomponować muzykę. Choreografia Katarzyny Graniec i Marco Cantalupo, choć skupiona jest na „udźwiękowieniu” spektaklu, nie pomija emocji ani interakcji pomiędzy tancerzami. Ruch, kiedy trzeba, jest twardy, mocny i pozbawiony uroku, jednocześnie pozostaje piękny, płynny i przyjemny w odbiorze. Dominująca gwałtowność i dynamika nie przesłania jego subtelności. Jest to możliwe dzięki zgraniu i wszechstronnemu przygotowaniu tancerzy. Companie Linga zdecydowanie nie należy do tej grupy, która podkreślałyby demokratyczny charakter ciała we współczesnym tańcu. Tutaj ciało musi być wytrenowane, sylwetka doskonała, a kondycja niezawodna.Zagadnienie ciała, jako źródła ścieżki dźwiękowej jest w Re-mapping the Body najbardziej wyraźne i w zasadzie podstawowe (ani praktycznie nieobecna scenografia, ani kostiumy, ani fabuła nie odciągają od niego uwagi). Muzyka rodzi się z tu tańca: kiedy tancerze poruszają się razem, jest bogatsza, kiedy występują solo, staje się bardziej monochromatyczna, ponieważ każdej osobie na scenie przypisane są konkretne dźwięki. Muzyka ta nie odwzorowuje emocji, a jedynie dynamikę ruchu, choć w pewnym sensie to właśnie z emocji powstaje.Ciekawe zresztą, czy nie jest to kolejna odsłona rozpoczętego eksperymentu: znaleźć sposób (odpowiednio czułe urządzenie?), który będzie w stanie rejestrować nie tylko tempo i dynamikę tańca, ale również emocje, które w nim się wyrażają. A ostatecznie, może elementem soundtracku staną się także emocje, z których taniec się rodzi.

 

And we will have dance together – score 3 - Barbara Żarinow (MAKThttp://mobilnaakademiakrytykitanca.wordpress.com/)

Stale powtarzającym się elementem na tegorocznym festiwalu są akcje performatywne – And we will have dance together. Wyprowadzają one widzów poza ściany sal widowiskowych i zaskakują doborem miejsc, w których są podejmowane. Czekając na trzecią akcję performatywną, której wykonawcą była Anna Haracz wszyscy zebrali się przy szatni. Pochłonięci rozmową widzowie chyba zapomnieli, że czekają na performans. Po dłuższej chwili ludzie zaczęli zagęszczać się w jednym miejscu, gdy tam podeszłam okazało się, że artystki jednak tam nie ma, co ich tam przywiodło? Za moment zrozumiałam, gdy usłyszałam głęboki i ciepły głos. I choć część widzów nie zdawała sobie sprawy, kim jest Anna, to jej głos nie pozostawiał wątpliwości i ci którzy byli obecni na festiwalu rok temu od razu skojarzyli ten śpiew. Bo głos Anny od razu po jej fioletowych włosach jest jej cechą najbardziej charakterystyczną.
Jej biały kostium idealnie współgrał z przestrzenią korytarzy Centrum Kultury, po których prowadziła widzów. Gdy doszliśmy w końcu na miejsce performansu oszołamiające wrażenie sprawiał koloryt otoczenia. Bo białe z „natury” ściany przybrały intensywna niebieską barwę, za sprawą projekcji przedstawiające ulice Lublina. Obrazy swobodnie się zmieniały. Przedstawiały deptak, most prowadzący do zamku, ulicę Bernardyńską. Publiczność stojąca po bokach stworzyła artystce wybieg, po którym swobodnie się poruszała (pomimo kontuzji stopy) wraz z ludźmi spacerującymi po Krakowskim Przedmieściu. Najciekawszym momentem było, kiedy projekcja przedstawiała fragment kocich łbów, zmieniła się tym samym kolorystyka. Z intensywnego błękitu w ciepły i słoneczny żółty. 
Całemu performansowi towarzszyła klezmerska muzyka, która bardzo bliska jest wielokulturowemu Lublinowi. Anna prowadziła dialog z nią wprowadzając polską ludową pieśnią „Czerwone jagody”. W swoją choreografie wplatała codzienne gesty, nadając im zupełnie nowych kontekstów, które odbiegają od tradycyjnego ich przeznaczenia. To zbliża ten performans do działalności grupy Judson Church, a w szczególności Anny Halprin, która bardzo często korzystała z codziennego ruchu, który na scenie przestawał być celowy i stawał się abstrakcyjny.
Anna Haracz wczoraj była naszym akustycznym przewodnikiem. Najpierw po korytarzach Centrum Kultury, potem po ulicach Lublina. Bardzo interesujące jest podejście Anny do fizyczności swojego ciała. Traktuje je bardzo duchowo. Ciało traktuje jak duchowy rezonator, który wykorzystuje energię otoczenia, ludzi, i eksplozję tej energii była słyszalna w głosie.

 

Pas de trois - Marta Seredyńska (MAKThttp://mobilnaakademiakrytykitanca.wordpress.com/)


Pas de trois to w balecie klasycznym taniec wykonywany przez trójkę tancerzy, posiadający określoną budowę i formę. W spektaklu Jaen-Claude’a Gallotte’a klasyczna partytura zostaje przełamana, co sprawia wrażenia uwspółcześnienia dawnego modelu tańca.Historia, do której odnosi sie choreograf jest dobrze znana – nawiązuje do antycznej opowieści, jednak opiera się na bardzo prostej zależności. Na scenie obecna jest jednak tancerka i dwóch tancerzy. Doskonale widoczne są relacje między nimi – historia miłosna, jaką prezentuje w swym spektaklu choreograf jest łatwo czytelna, sama się prowadzi. Do szerszego grona odbiorców trafiła, dzięki muzyce Murice’a Ravela, napisanej w 1912 roku dla Baletów Rosyjskich. Muzyce przepiękne, wzbudzającej wielkie emocje, wzruszenie. Te uczucia towarzyszą mi przez cały spektakl. Dźwięki wywołują napięcia, ale też uspokajają, pomagają w osiągnięciu wewnętrznej harmonii. Opowieść o Dafnis i Chloe nie była jednak jedyną inspiracja do powstania spektaklu Gallotte’a. Choreograf zaprezentował go po raz pierwszy w 1982 roku, tuż po stworzeniu baletu Ulisses. Nie skupiał się bardzo na samej historii – chodziło tu raczej o uchwycenie tematów uniwersalnych. Do tego dochodzi jeszcze sytuacja prywatna artystów – po realizacji Ulissesa zespół Gallotte’a rozpadł się, pozostał w nim tylko choreograf, tancerz i tancerka. Jak się odnajdują sami na pustej scenie? Ciekawe, że w tym przypadku początkowo historia Dafnis i Chloe nie był  istotna, odniesienia pojawiły się w trakcie pracy. Nie chodziło o dokonanie rekonstrukcji czy jakiegoś odświeżenia. Ważne były same relacje między tańczącymi, które wydają się bardzo czytelne i proste. Są jednak także bardzo autentyczne – ich ruchy są płynne, estetyczne, nie udają, nie przybierają patetycznej formy czy maniery. Są po prostu piękne.Pierwotna wersja spektaklu tańczona była Mathilde Altaraz, Jean-Claude Gallotta i Pascale Grava. Aktualnie tańczą ją Francesca Ziviani, Nicolas Diguet oraz Sébastian Ledig. Każdy z nich w pewien sposób zachwyca, jednak najbardziej podoba mi się tancerka, jej lekkość, z jaką się poruszała. Nie zmienia to faktu, że każdy z nich wydawał się maksymalnie zaangażowany w wykonywanie postawionych przed nimi układów, przez co efekt całościowy  stawał się jeszcze lepszy.Gallotte połączył w swym spektaklu klasykę ze współczesnymi tematami. Widoczna jest tu zabawa klasyką. Forma zostaje tu przełamana, utrzymane jest natomiast libretto. Nie zawsze jednak narracja była tu dla mnie ważna. Czasem patrzyłam na pojedyncze sceny, nie zwracając uwagi na kontekst całości – były wtedy abstrakcyjne, jednak nie traciły na tym. Przeciwnie, w każdej z nich  widać było świetnie prowadzoną linię dramaturgiczną,  tancerze cały czas zwracali uwagę na tempo, dopełniane świetnie przez muzykę. To pierwszy spektakl podczas tej edycji festiwalu, po którym wyszłam absolutnie oczarowana.