5ściana - VI dzien festiwalu

"...And We Will Have Danced Together – score 5" Joanna Dudek

"...And We Will Have Danced Together – score 5", czyli przypadkowe spotkanie na przejściu dla pieszych
Ostatni dzień XVII Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca przeszedł już do historii. Swoje „pożegnanie” z widzami zainicjowała dziś trójka arystów, którzy ze swoim performansem wyciągnęli publiczność na lubelskie ulice. W dość chłodne, listopadowe popołudnie, równo o godzinie 15, skrzyżowanie ulicy Okopowej i Hempla, stało się na moment dziełem sztuki. Justyna Jasłowska, Robert Curngenven i Ludomir Franczak, w dość niekonwencjonalny sposób zmusili uczestniczących w akcji widzów do zatrzymania się, do rozejrzenia się wokół siebie, do chwilowego uwolnienia się od wciąż atakujących nas myśli, do przestawienia się jedynie na percepcję wzrokowo-słuchową. Spektakl nie miał swoistego końca ani początku. Artyści w sposób łagodny wtopili się wręcz w rytm dość ruchliwej ulicy, i równie niewinnie ją opuścili. Początkowo nie sposób było zauważyć, że wyróżniają się z tłumu. Ot, kobieta w czerwonych spodniach i zielonej kurtce, przechodzi przez ulicę. Zatrzymuje się. Rozgląda. Czeka aż zapali się zielone światło.  Idzie dalej. Chwilami biegnie, za moment przystaje. Z drugiej strony ulicy, mężczyzna w brązowej kurtce niesie wielkie lustro. Cóż, i to obecnie już nikogo zbytnio nie dziwi. Dzień jak co dzień. Z ustawionych nieopodal głośników, rozlega się jednak niepokojąca muzyka. To zlepek odgłosów i dźwięków, przywodzących na myśl mowę zgiełku miasta. Artyści wciąż krążą, mijając kolejno pięć przejść dla pieszych, które znajdują się w obrębie skrzyżowania. Czerwono-zielone światła to gasną, to zapalają się. Jak  w codziennym życiu budząc wielką irytację. Przypadkowi piesi i kolejno przejeżdżające samochody, nieświadomie uczestniczą w całym widowisku. Niektórzy zaabsorbowani muzyką przystają, rozglądają się, zdają się jednak nic nie rozumieć. Większość ze wzruszeniem ramion ponownie wraca do swojego wymiaru rzeczywistości. Tym czasem nasza artystka, która w związku z nieustannym przechodzeniem przez poszczególne przejścia dla pieszych i ze swoim czerwono-zielonym strojem, coraz bardziej zaczyna nam się kojarzyć z sygnalizacją świetlną. Niczym nieświadome dziecko wchodzi w coraz głębsze relacje z elementami miejskiej architektury. To „ogrywa” słupki, to huśta się niesfornie na metalowych łańcuchach. Stopniowo jej ciało zaczyna wykonywać machinalne schematy, które cyklicznie powtarzają się w różnych miejscach skrzyżowania. Swoim ruchem budzi coraz większe zainteresowanie. Skojarzenia mogą być różne, nic jednak nie jest przypadkowe, wszystko zdaje się żyć w symbiozie z życiem miasta. W punkcie kulminacyjnym spektaklu artystka wykonuje szereg schematycznych kombinacji ruchowych tuż obok źródła muzyki, gdzie gromadzą się wszyscy widzowie. Jest tam również lustro, niepozornie ustawione obok głośników. Po pewnym czasie, wspomniany mężczyzna w brązowej kurtce pojawia się ponownie, z kartonowymi tabliczkami. A na nich szereg napisów, zdań, pytań, sformułowań. Pozornie ze sobą niezwiązanych, które jednak budzą skojarzenia. Czy to nie przypadkowo wychwytywane słowa przechodniów na ulicach? A może to nasze myśli, które kumulują się podczas oglądania spektaklu? „Zimno”. „Już”. „Stop” „Nie możemy stąd wyjść”. To słowa ulicy, która również mówi, która żyje. 
Nagle artystka odwraca się od widzów i energicznie odbiega od skrzyżowania. Po kilkunastu sekundach zupełnie znika z naszego pola widzenia. Również mężczyzna, chwytając ponownie za lustro odchodzi, mijając przejście na czerwonym świetle. Muzyka zanika. Odtwarzający ją mężczyzna wchodzi do znajdującej się obok apteki. Zapada cisza. Po chwili konsternacji rozlegają się nieśmiałe brawa, po czym widzowie również rozchodzą się, każdy w swoim kierunku. Spektakl się kończy, wszystko wraca do swojego rytmu a my, odchodząc, zastanawiamy się w jakim stopniu jesteśmy świadomi własnego zachowania, własnych „przyruchów”, w czynnościach tak powszechnych jak przechodzenie przez światła. Zastanawiamy się również jak duży wpływ na nasze poruszanie się ma sam dźwięk i obrazy, jakie miasto wytwarza swoim zgiełkiem każdego dnia.

 

Efekty edukacji Teatru Tańca w Bytomiu Emilia Kmieć

Ostatni dzień festiwalu to zarazem ostatni  spektakl  tegorocznej edycji  Międzynarodowych  Teatrów Tańca w ACK „ Chatka Żaka” –„Kocham tylko i wyłącznie całym sercem nie-rozłącznie Magdalenę”. Długi tytuł spektaklu ma się nijak do historii, którą swoim tańcem młodzi artyści z Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu, chcą opowiedzieć.Ciężko mi też stwierdzić jaka właściwie jest ta historia. Tancerze początkowo podzieleni na dwie grupy według płci walczą o dominacje niczym zwierzęta w stadzie, a następnie mieszają się w duety. Pokazują niezbyt wymagającą choreografie pod względem techniki. Dużo w niej podnoszeń, akrobacji, co naturalnie pokazuje świetną plastykę ciała tancerzy oraz ukazuje więzi miedzy partnerami i ich wzajemne zaufanie. Mężczyźni kreowani są na stereotypowych kobieciarzy, których jedynym celem jest zdobycie kobiety i zaspokojenie swoich żądzy. Płeć piękna natomiast ukazana jest jako bezwzględna, dominująca i nieulegająca męskiej presji. Z czasem jednak charaktery postaci słabną, ale nie tracą przy tym swoich wcześniej nadanych cech. Powtarzanie niektórych układów może symbolizować mechanizmy ludzkich zachowań, charakterów, które zaczęły ewoluować wraz z kształtowaniem się istoty społeczeństwa. Gdy weszłam na sale wszystko zapowiadało się ciekawie, jednak po obejrzeniu spektaklu nie potrafię stwierdzić jakie jest przesłanie, puenta całego przedstawienia. Na scenie stała metalowa konstrukcja a wokół niej przygotowujący się tancerze. Minimalizacja scenografii oraz rekwizytów okazała się atutem. Jak na teatr tańca przystało środkiem przekazu było ciało i taniec. Technikę taneczną jak na spektakl dyplomowy studentów IV roku oceniam na trzy z plusem. Taniec był asynchroniczny, tancerze tracili równowagę przez co widzowie mogli zauważyć liczne potknięcia. Muzyka też niczym nie zachwyciła. Połączenie muzyczne m. in. folkloru i klasyki z dźwiękami wyjących wilków, odgłosów szczekających psów nie było najlepszym rozwiązaniem. Fatalny dla takiego rodzaju przedstawienia okazał się również ostatni utwór, a mianowicie wykorzystanie bijącej rekordy popularności piosenki polskiego rapera, do której tancerze wykonywali taniec współczesny. Tego na pewno się nie spodziewałam. Jeżeli miało to na celu zaskoczyć widza to śmiało mogę powiedzieć misja wykonana...Podsumowanie będzie krótkie. Wiem jedno. Przed młodymi tancerzo-aktorami jeszcze wiele pracy, aby ktoś kiedyś mógł wspomnieć o sztukach, w jakich wystąpią, że to było coś...

Ciało i oko Anna Kiszka (MAKT http://mobilnaakademiakrytykitanca.wordpress.com/)


Myli się ten, kto sądzi, że feminizm w sztuce wyczerpał swoje możliwości wraz z ostatnim złamanym tabu i ostatnim płciowym stereotypem rozebranym na czynniki pierwsze. Nie tylko nie powiedział on jeszcze ostatniego słowa, ale jest jakby dopiero w połowie monologu. Spektakl Ciało oko pokazany w ostatnim dniu festiwalu jest tego dobrym przykładem.Jest to dzieło o skomplikowanej strukturze, zbudowane z bardzo wielu elementów: projekcji-wykładu, monologów (po polsku i angielsku), dźwięków wydawanych przez tancerki (zastępujących muzykę), rekwizytów i wreszcie samego ruchu.  To, co powstało w efekcie, nie jest fabularne, ale niesie wyraźne pozataneczne – a więc nie dotyczące tylko formy – przesłanie.Oś spektaklu stanowi postać Carolee Schnnemann, którą poznajemy dzięki krótkiemu wykładowi na początku. Ta amerykańska artystka, aktywna od końca lat 50. XX wieku, ma duże zasługi w rozwoju performansów, sztuki feministycznej oraz nowoczesnego teatru ruchu. Wykład skupia się na trzech jej pracach: Eye Body: 36 Transformative Actions (1963), Meat Joy (1964) oraz Interior Scroll (1975), w których Schneemann odważnie łamała tabu związane ze zmysłowością i seksualnością, a także kwestionowała społeczne przekonania na temat sztuki i roli kobiet. Te trzy performansy stały się inspiracją dla tancerki i choreografki Marty Ziółek, która stworzyła swoje Ciało oko w ramach cyklu RE// MIX – tanecznego projektu Komuny// Warszawa przywołującego na nowo kanonicznych (a czasem zapomnianych) twórców współczesnych sztuk wizualnych.Na scenie Marcie Ziólek towarzyszą cztery tancerki (Marina Colomina, Maria Peralta, Eva Susova i Lisa Vereertbrugghen). Oglądamy kobiety zmuszone do przeglądania się w lusterkach, ciągłego kontrolowania własnego wizerunku i sprawdzania wrażenia, jakie wywierają. Kobiece ciała zostały wystawione na widok publiczny ubrane w cieliste trykoty z perłowym połyskiem, wciśnięte na absurdalnie wysokie szpilki i awangardowe niewygodne koturny, uwikłane w mechaniczne gesty, powtarzane uparcie i monotonnie. Tylko jedna z nich, ubrana na czarno „mistrzyni ceremonii”, ma więcej swobody: wędruje po scenie z nieodłączną zgrzebną gałązką w dłoni. Rozkazami i gestem tej „różdżki” potrafi wprawić rzeczywistość w ruch: sprawić, że światła zapalą się lub gasną, a tancerki będą wykonywać jej polecenia. Dla postaci w trykotach podstawowymi cechami ich obecności na scenie są powtarzalność i samotność – brak jakiejkolwiek interakcji. Spektakl nie jest łatwy w odbiorze. Nawarstwienie środków przekazu i stworzenie wrażenia, że każdy z nich jest istotny, od samego początku ustawia widza w gąszczu informacji. Jest zmuszony do tego, by śledzić poczynania pięciu tancerek jednocześnie. Każda z nich wykonuje swoją sekwencję ruchów, wydając przy tym zagadkowe dźwięki. Ani dźwięków, ani gestów żadna kolejna nie powtarza, gdyż prezentuje własne, przez to w oglądającym zanika poczucie ciągłości, wynikania jednej sceny z drugiej. „Mistrzyni ceremonii”, krążąca między tancerkami w trykotach, ma zagadkową rolę, a monolog, który wygłasza (o podziale przestrzeni na dwa obszary: sceny i widowni) odnosi się do zupełnie innych kontekstów niż opowieści o dzieciństwie Carolee Schnnemann, które także pojawiają się w spektaklu. Świadomość, że wszystko to, co dzieje się na scenie, funkcjonuje w ścisłym związku z twórczością amerykańskiej artystki, wprowadza bocznymi drzwiami historię sztuki i dzieje feminizmu, które jeszcze bardziej niuansują ten i tak palimpsestowy obraz.

 

Powiew świeżego powietrza (UNISONO re//mix Anna Halprin) Marta Seredyńska (MAKThttp://mobilnaakademiakrytykitanca.wordpress.com/)
Tegoroczną edycję 17. Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca otworzył wykład performatywny Iwony Olszowskiej na temat kontakt improwizacji. Następnie były pokaz filmów oraz promocja książki o improwizacji tańca, jaką na zakończenie wystawy wydało Muzeum Sztuki w Łodzi. Ostatnia praca, jaką zobaczyłam podczas lubelskiego festiwalu także nawiązuje w pewien sposób do  tego tematu.
W ramach cyklu Komuny//Warszawa Aleksandra Borys zrealizowała remix jednej z najważniejszych amerykańskich tancerek i rewolucjonizatorek tańca – Anny Halprin. Punktem wyjścia były tu metody i sposoby pracy artystki w przełożeniu na współczesną rzeczywistość. To podążenie za myślą Halprin: „tancerz jest jednym z elementów obrazu”. Jakie miejsce w przestrzeni zajmuje więc człowiek? Amerykańska choreografka potrafiła pokazać, w jaki sposób miejsce, w którym się znajdujemy może oddziaływać na ludzkie ciało, dodawać nowych bodźców, pobudzających je. 
Unisono oznacza zgodność, sytuację, gdy mamy do czynienia ze współbrzmieniem. Na scenie obecne są dwie tancerki – Aleksandra Borys oraz Marysia Zimpel. Obie ubrane są w podobne szare kombinezony. Obie mają zamknięte oczy, wykonują drobne ruchy. Nie są to jednak takie same układy – każda z nich porusza się w swoim rytmie. Mam jednak wrażenie, że tancerki bardzo współgrają ze sobą, tworząc harmonijny obraz. Ruchy dwóch ciał powoli nabierają szybkości, tancerki zaczynają je wykonywać z większym natężeniem. Poruszają się w przestrzeni, gdzie ściany i podłoga wypełnione zostały kartkami brązowego papieru. To niczym powrót do źródeł, złączenie się z energią ziemi. Arkusze papieru kojarzą się z materiałem, z którego go wykonano, jak i z ideami ekologicznymi. 
Tancerki przez cały czas mają zamknięte oczy. Początkowo dotykają się delikatnie – tak, by wyczuć swoją obecność, a także „wsłuchać się” w ruchy partnerki. Kiedy kolejne gesty stają się bardziej wyraziste i odważniejsze, słychać także odgłos gwałtownie miętych arkuszy papieru. Z czasem ten dźwięk staje się mocniejszy. W reakcji z ciałem surowiec pozostaje bierny, jednakże wywołuje bardzo ciekawy efekt. To niczym odgłosy natury.
W końcu jednak Borys i Zimpel otwierają oczy. Widać, że wtedy ich ciała się rozluźniają. Podczas utworu muzycznego obie artystki otwierają okna, wpuszczając, do pomieszczenia, w którym grają, powiew świeżego powietrza. Anna Halprin pracowała z tancerzami w plenerze – Aleksandra Borys natomiast „wpuszcza” plener do pomieszczenia, w którym występuje. Kolejne dźwięki zaczynają towarzyszyć tancerkom – tym razem są to odgłosy z ulicy, strzępki rozmów, zwyczajne dźwięki ulicy. 
W pewnym momencie obie artystki zatrzymują się. Po chwili zaczynają znów improwizować, jednak liczą – najpierw liczby rosną, potem maleją, aż w końcu obie znów się zatrzymają. Kontrolują w ten sposób swoje ciała, tempo, w jakim wykonują poszczególne gesty. Widać, że są bardzo świadome swoich cielesnych możliwości. Remix Anny Halprin to więc nie tylko powrót do idei ciała w przestrzeni, ale też możliwość znalezienia w sobie impulsów pobudzających naszą somatyczność.