Ciężka praca

W Kuźni matrycowej na co dzień produkuje się części samochodów ciężarowych, takie jak wahacze, dźwignie,  zwrotnice, belki osi przedniej.  Ogromną przestrzeń wypełniają monumentalnych wręcz rozmiarów maszyny, pod sufitem przebiega siatka różnych rur i szybów. Nierówna podłoga, intensywny zapach smaru i stali oraz chłód. W takiej oto nadzwyczajnej przestrzeni odbyło się przedstawienie Ruhr-Ort  Susanne Linke & Renegade. To nowa wersja spektaklu sprzed ok. dwudziestu lat. W 1991 roku, Susanne Linke stworzyła spektakl inspirowany stalą, ciężką pracą i męskością. To mocny, prężny i wyrazisty spektakl, idealny dla kobiet i białych kołnierzyków.

Tancerze wspaniale prezentowali się w robotniczych strojach - dżinsach, koszulach i ciężkich butach. Ich ruchy były zarówno silne i zamaszyste jak i subtelne. Jako robotnicy w pracy pokrzykiwali na siebie, pomagali sobie, uczyli się od siebie. Jedną z bardziej efektownych scen była ta, w której tancerze tworzyli muzykę uderzając mocno w kawał blachy wielkimi młotami, dłuższymi niż ich ręce. Rytm wyznaczał stukot butów, to w marszu, to w biegu. Bardzo to było stanowcze i surowe.  Jestem pełna podziwu dla kondycji i siły tancerzy, ponieważ poza spektaklem Susanne Linke, grupa Renegate uprawia taniec uliczny, a po drugie cały występ trwał siedemdziesiąt minut.

Wreszcie mieliśmy okazję zobaczyć na scenie prawdziwie męską energię. Nie ojcowską, nie chłopięcą tylko właśnie męską w całej swojej bezkompromisowej sile. Polecam.

Aleksandra Klimek

***

Я забыла, с какой целью

Придаюсь этой жизни хмельной.

Замело всё вокруг метелью

Кто-то ходит, следит за мной.

 

Нож в груди...и опять умираю

И жалею опять обо всем

А душа в небеса утекает,

Вновь, как прежде, мечтая о нем.

 

Всех кляну и в предсмертной муке

Забываю, о чем кляла.

Опустились на грудь руки,

Осыпается с губ зола...

 

Просыпаюсь. И знаю точно

Это было уже со мной

Разорвать этот круг порочный

Никому не под силу, друг мой.

Ekaterina Sharapova

 

Kolajder egzystencji

Dlaczego jest trudno pisać o teatrze tańca? Dlatego, że prawie nigdy nie da się trafić. Nie da się zgadnąć, co miał na myśli choreograf, co pokazywali tancerze, co oznaczał ten gest i tamten ruch. Z jednej strony, nie mówi się, że wizja jest niepoprawna czy błędna, więc to ułatwia pracę krytykom teatru tańca. Z drugiej strony, szukać dziury w całym nie zawsze warto. Jednak z teatrem tańca to nigdy nie wiadomo, gdzie stracisz, a gdzie odnajdziesz.

Do spektaklu „Relative Collider” Le pricipe d’Incertitude Liz Santoro & Pierre Godard z Francji i USA podchodziłam nie tylko ze strony formalnej, ale chciałam też odnaleźć jakiś większy sens, treść, ideę. Wiadomo – jezeli bardzo chcesz znaleźć to znajdziesz. Więc nie zwracając uwagi na nazwę i nie czytając nic wcześniej o tym spektalu postanowiłam przedstawić swoją własną niesamowitą wizję. Oto ona...

Pojedyńcze ruchy wykonane w synchronie skojarzyły mi się z codziennością, kilka ruchów nawet rozpoznałam. Naprzykład: ubieram się, jem śniadanie, patrzę na zegarek – już za późno! –biegnę, biorę ze sobą jabłko, otwieram drzwi, zamykam drzwi, wsiadam do samochodu – korki. To w kółko się powtarza: zmienia się rytm, pojawiają się dodatkowe ruchy, kierunki i płaszczyzny, ale baza zostaje zawsze taka sama. W tym momencie pojawia się problem egzystencji, który był i jest do tej pory aktualny: „Po co to wszystko?”. Przecież i tak stoimy w miejcu, cały czas te same czynności, te same twarze i miejsca. Ciekawe, że odnalazłam w spektaklu propozycje dla takich nerwowych egzestencjalistów, jak ja. Trzeba wybrnąć z systemu, przestać być częścią tej dużej maszyny spółczeństwa, która zasysa twoją duszę i psuje osobowość. Tą radę odnalazłam w jedynym wolnym tańcu osobistym w trakcie spektaklu.

Czeszę się, że mamy spotkanie z artystami. Właśnie dzięki takiemu spotkaniu dowiedziałam się, że odnalazłam historię, której nie ma. Trudno powiedzieć, czyja historia jest ciekawsza. Artystom bardziej chodziło o fizykę, szczególnie o Wielki Kolajder Hadriana. Istnieje nawet specjalny schemat spektaklu i jest to dosyć skomplikowane ze strony technicznej. Okazało się, że tancerzy zaczynali ten sam odcinek 64 razy, zmieniając tylko nogę. Kto to zauważył? Znam odpowiedź –tancerzy na pewno tego pilnowali, bo szczerze przyznali się, że bardzo bali się pomylić. Dowiedziałam się też, że najbardziej skomplikowaną pracę robił artysta, który rytmicznie wymawiał słowa w języku angielskim. Okazało się, że to właśnie on kierował ich ruchami za pośrednictwem liczenia i słów. Dla humanisty to jest naprawdę trudne, więc poczułam się jako na wykładzie z fizyki (poziom zaawansowany). Szkoda, bo na początku tak wszystko pięknie układało się w głęboką historię tylko z jedynym skomplikowanym ale humanistycznym pytaniem „Jaki jest cel naszego istnienia?”.

Ekaterina Sharapova

Lunapark nasz powszedni

Czyj świat składa się z przechodniów? Co na temat społeczeństwa sieciowego może nam powiedzieć XVII wieczny filozof? Żywa instalacja sceniczna miała składać się z części performatywnej, konstrukcji architektonicznej, instalacji świetlnej, instalacji „Augmented Reality” oraz instalacji dźwiękowej. Nie jestem pewna czy rozbudowaną, rozproszoną dekorację można nazwać instalacją. Część performatywną stanowiły ruchowe monologi trojga tancerzy ubranych w identyczne obcisłe kombinezony. Paweł Sakowicz, otoczony przez wiszące lustra poruszał się bardzo minimalistycznie, z wielkim skupieniem. Muszę przyznać, że bardziej intrygowały mnie jego okazałe zawijane wąsy niż ruch. Marta Ziółek zaprezentowała najlepszy taniec robota jaki dotąd widziałam. Była w tym tak elektryczno-mechaniczna, że aż przerażająca. Dzięki Magdalenie Marcinkowskiej przypominałam sobie, że słyszę jakąkolwiek muzykę. Jej monolog zajął najwięcej przestrzeni, był przyjemnie płynny. Korina Kordova postawiła na tekst. Powtarzając nieskomplikowane figury wypowiadała głośno i wyraźne zdania związane z tematem instalacji. np. "To jest moje ciało, mogę zrobić z nim co chcę (...) Jesteście częścią performancu, zachowajcie ciszę".

Monada jest niczym innym jak tylko substancją prostą wchodzącą w skład rzeczy złożonych; prostą, to znaczy bez części. Jest ich wiele, ale są jakościowo odrębne (pluralizm indywidualistyczny). W traktacie Aleksandry Hirszfeld dominował kształt dwudziestościanu ściętego, także jego echa, fragmenty. Kształt ten jest używany przy produkcji piłki nożnej, choć zamiast płaskich ścian ma ona boki zaokrąglone. Taką strukturę ma też cząsteczka fulerenu C60 (złożona z 60 atomów węgla). Piłka nożna ma średnicę ok. 22 cm, wspomniana cząsteczka ok. 1 nm (stosunek 200000000:1), tak więc kształt ten występuje zarówno w mikro- jak i makroskali. Monady Leibniza nie działają jedna na drugą, bo mają w sobie źródło działań. Tancerze osobno wyglądali nieciekawie, dopiero razem jako całość tworzyli coś interesującego, na co chciało się patrzeć, nad czym chciało się przez chwilę zastanowić. Szkoda, że tak krótką chwilę. Monady w XVII wiecznym traktacie, choć nie działają na siebie wzajemnie, tworzą jednak doskonałą zgodność między sobą, która jest wynikiem harmonii ustanowionej przez najdoskonalszą monadę - Boga. Każda monada jest zamkniętym kosmosem, nie komunikują się ze sobą. Jako widzowie staliśmy się sobie w jakiś sposób obcy przez to, że każdy przechadzał się po instalacji własną trasą, toteż można zaryzykować stwierdzenie, że patrząc na to samo każdy widział coś innego. Z drugiej strony ograniczaliśmy i determinowaliśmy wzajemnie swoje szlaki. Zgaduję, że najlepiej bawili się fotografowie, bo mogli dowolnie wybrać swoją pozycję wobec poruszających się luster i ciał.

Kolejną cechą monad wg Leibniza jest ich hierarchiczność. Od takich, które nie są świadome własnego istnienia po Boga. Aleksandra Hirszfeld pozwoliła swoim tancerzom samodzielnie stworzyć partytury ruchowe, które wykonywali w instalacji. Antyhierarchiczna była tutaj również równoczesność aktywności wszystkich elementów i dowolność oglądania. Dowolność tempa, czasu, intensywności - indywidualna perspektywa. Sposobów na zwiedzanie tej instalacji było dokładnie tyle ile odbić znalazło się tego wieczora w różnokształtnych lustrach. Obecność luster stanowi zgrabną wizualizację tego, że monady mimo iż nie porozumiewają się, mają zdolność postrzegania. W tym lustra podobne są do kamer, na przykład monitoringu na ulicach i lotniskach. Współczesny człowiek jest bardziej nomadą niż monadą. Rzeczywiście forma, którą zaproponowała nam Aleksandra Hirszfeld nawiązuje do relacji między jednostką a jej otoczeniem, ale w tym najpospolitszym aspekcie. Szkoda godziny na myślenie o byciu częścią całości. Nudy.

Aleksandra Klimek

Labirynty luster

Aleksandra Hirszfeld zaprowadziła nas do doliny luster, gdzie można było robić wszystko, co chcesz: chodzić, oglądać, szukać sensu i siebie albo gapić się na tancerzy i wsłuchiwać się w słowa i dzwięki. Zobaczyliśmy nie spektakl, tylko ruchomą instalację. Przed wydarzeniem była zaproponowana wolność postępowania. W tym wypadku automatycznie stajesz się współtwórcą dzieła. Można było wybrać punkt obserwacji (zmieniać go w dowolnej chwili) i osobę, którą chcesz śledzić oraz regulować czas spektaklu (wyjść od razu lub zostać na godzinę). Każdy skupiał się na tym, co dla niego jest bardziej interesującym w tej chwili.

Na początku trudno było zrozumieć, w jaki sposób można i trzeba poruszać się w niebezpiecznej przestrzeni (tancerze cały czas zmieniali miejsce, lustra sprawiały wrażenie, że ich nie ma). W wypadku „Monadologii” cała przestrzeń dużej sali przekształciła się w scenę, więc widzowie nagle stawali się częścią instalacji. Wychodząc na scenę od razu zostajemy objektem obserwacji. W pewnym momencie jeden z fotografów zwrócił uwagę na moją twarz w lustrze. W taki sposób też zostałam częścią instalacji i moję odbicie w lustrach również jest na zdjęciach.

Skupiłam się na lustrach i odbiciach, było ciekawie tworzyć różnego rodzaju obrazki, spoglądając na artystów oraz widzów. Patrząc w lustra można uwolnić się od granic, powędrować do świata, który znajduje się po drugiej stronie lustra. A tam działy się naprawdę ciekawe rzeczy! Obrazy się pomnażały, dzieliły na części, wypływały i zanikały. Niektóre lustra były powykrzywione, niektóre ruszały się, niektóre odbijały się nawzajem. Wpatrzyłam się w lustra – instalacja zaczęła się ruszać, zmieniać się co chwilę. W tym wypadku to ja zostałam kierownikiem oraz twórcą ciekawych obrazków. Jednak najczęściej do moich lusterkowych obrazów trafiali tancerzy, którzy mieli atrakcyjne kostiumy i zmieniali pozycji.

Nie zwróciłam szczególnej uwagi na słowa, wykrzykiwane przez tancerzy, jednak muzyka i stroje skojarzyły się z przyszłością, która wkrótce nastąpi. Wszystko się zmieni podobnie do odbicia w lustrach: będziemy rozumieć każdy język, będziemy tacy sami, jednak się zmienimy. Zrobimy sobie skórę, która uratuje nas od chłodu i upałów, nie będziemy się bać nikogo i niczego. Będziemy jednak równocześnie samotni i zapatrzeni w siebie. Pogubimy się w sieci powtarzających się i drżących światów, przestaniemy odróżniać świat prawdziwy od fikcji. W tym momęcie miało pojawić się nizaspokojenie, jednak się nie pojawiło, ale tylko dlatego, że odbicia w lustrach stworzyły nowy świat, do którego w każdej chwili można było uciec. Pozostaje tylko niebezpieczeństwo zgubienia się w tych nieskończonych labiryntach.

Ekaterina Sharapova