PRASA

Europa zatańczyła w Lublinie

Andrzej Z. Kowalczyk, „Nasze Miasto”, 14 listopada 2003

Przez cztery dni, od 8 do 11 listopada, miłośnicy tańca współczesnego w naszym mieście mieli swoje doroczne święto. Przez owe cztery dni trwały u nas 7 Międzynarodowe Lubelskie Spotkania Teatrów Tańca, zorganizowane przez Centrum Kultury w Lublinie, Politechnikę Lubelską oraz Towarzystwo Edukacji Kulturalnej.

Spotkania to dobra nazwa, określająca charakter lubelskiego festiwalu. Co roku bowiem w jego trakcie dochodzi do spotkań rozmaitych tradycji, szkół, form i doświadczeń. Tak też było i w tym roku. W programie siódmej odsłony festiwalu zobaczyliśmy wykonawców ze wszystkich stron Europu; od Francji i Holandii po Białoruś i od Węgier po Norwegię i Finlandię. Omówimy je krótko w takiej kolejności, w jakiej były prezentowane na scenie.

anoukvandijk dc (Holandia). Zespół z Amsterdamu zaprezentował dwa spektakle w choreografii Anouk van Dijk. Bardzo dobre wrażenie zrobił zwłaszcza pierwszy z nich – „Amour Fou”, rozpoczynający się od obrazu jakby „żywcem wyjętego” z dzieł surrealistów: Paula Delvaux, Maxa Ernsta czy Giorgia de Chirico. Fascynujące mogło być obserwowanie, jak temperatura tego spektaklu narasta od czystego, „zimnego” surrealizmu do gorących, niemal obsesyjnych motywów poszukiwania miłości i jej (niestety!) niespełnienia. A wszystko to pokazane z charakterystyczną dla zespołów holenderskich swobodą wypowiedzi choreograficznej, przekraczającą umowne (bo chyba tylko o takich można mówić) granice pomiędzy stylami, co potwierdził jeszcze drugi spektakl – „am I out?”. To był bardzo dobry początek festiwalu.

Compagnie Stanislaw Wisniewski (Francja). Polski choreograf pracujący od lat we Francji, zaproponował spektakl odmienny od tych jego realizacji, jakie widzieliśmy na poprzednich Spotkaniach. Zrobił spektakl właściwie fabularny oparty na opozycji kruchego azylu, jakim jest rodzinny dom i otaczającej go klaustrofobicznej, totalitarnej rzeczywistości Związku Radzieckiego w latach 30. Niewątpliwą zaletą spektaklu „Proszę dzwonić przed wejściem” była choreograficzna i wykonawcza perfekcja – co jest znakiem firmowym Wiśniewskiego – wadą zaś natrętna dosłowność kostiumów, a zwłaszcza czas jego trwania. Bez szkody dla całości można by go skrócić o przynajmniej 15 minut.

K&C Kekäläinen & Comapny (Finlandia). Sanna Kekäläinen przed dwoma laty zaprezentowała w Lublinie spektakl „Metamorfozy ciała”, w którym po mistrzowsku (nie waham się użyć tego słowa) pokazała zapisany w naszych genach proces ewolucji gatunku ludzkiego. Tegoroczna prezentacja – „BODY – Fragmenty ludzkiego ciała” – rozpoczyna się w tym miejscu, w którym zakończyła się poprzednia. Teraz Sanna swoje rozważania o ludzkim ciele poprowadziła jeszcze dalej: wykroczyła poza darwinowską biologię aż do wejścia w sferę społeczną w jej najdelikatniejszym przejawie, jakim jest działalność twórcza. Ten spektakl powinni zobaczyć zwłaszcza ci, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z tańcem współczesnym (niektórych dziennikarzy i dziennikarzy nie wyłączając), bo może on ich (je) wiele nauczyć.

Jo Strømgren Kompani (Norwegia). Rozczarowanie. Zespół z Norwegii był zapowiadany jako jedna z gwiazd tegorocznych Spotkań, a pokazał spektakl („Tok Pisin”) co najwyżej przeciętny. Nie było w nim ani jednego, powtórzę: ani jednego elementu, którego nie znałbym z jakichś wcześniejszych prezentacji na lubelskim festiwalu. Odwołanie się do kultur tradycyjnych – w tym przypadku ludów z Nowej Gwinei – zakrawa na intelektualny szantaż, bowiem jeśli ktoś tego nie doceni, nieuchronnie narazi się na zarzut rasizmu. Otóż ja nie doceniam i nie boję się do tego przyznać. Po zakończeniu tego spektaklu byłem starszy o godzinę, ale wcale nie bogatszy o jakiekolwiek doznania.

Ferenc Fehér (Węgry). Tej prezentacji nie da się – nawet przy najbardziej dobrej woli – nazwać spektaklem. Sprawność Fehéra (a fizycznie jest on sprawny) nie czyni jeszcze z jego występu teatru. Street dance, do którego odwołuje się węgierski tancerz, niech raczej pozostanie na ulicach, gdzie jego miejsce, a na scenę wychodzić nie powinien.

Lubelski Teatr Tańca i Grupa Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej. Do pisania tej części relacji z festiwalu przystępuję z niepokojem, bo o gospodarzach – zespołach z Lublina – będę pisał w samych superlatywach. Ale zapewniam, że nie ma to nic wspólnego z kumoterstwem. Zobaczyliśmy bowiem rzeczy rewelacyjne. Najpierw porywający taniec Wojciecha Kapronia w choreografii „Bellissimo” Ryszarda Kalinowskiego; „zaprojektowany” na wyżynach trudności, bo tylko najlepsi tancerze potrafią „solówkę” przekształcić w teatr, co nie udało się wielu, a Kaproń tego dokonał.

A potem przyszedł czas na „16 asymptotę”, najlepszą choreografię festiwalu. Hanna Strzemiecka wymyśliła rzecz cudowną: taniec, który jest wartością sam przez się, bo dociera do samej swej istoty. Ale – niestety – tę rewelacyjną choreografię zobaczyliśmy w wykonaniu tancerek jeszcze do niej nieprzygotowanych, które ewidentnie „zżerała” trema. Gdyby klasa wykonawczyń dorównywała pomysłom choreograficznym, mielibyśmy spektakl, który należałoby nagrać na kasetę i rozsyłać do teatrów tańca na całym świecie.

Iwona Olszowska (Kraków). Poprzedni występ Iwony Olszowskiej na lubelskim festiwalu źle mi się zapisał w pamięci. Było nudno. Olszowska pokazała tylko, że umie tańczyć, co nie było żadnym zaskoczeniem, bo gdyby nie umiała to nie zostałaby zaproszona do Lublina. W tym roku było lepiej – zobaczyliśmy nie tylko ruch, lecz także powód, dla którego ów ruch jest czyniony. Historia o marzeniach, wyobrażeniach i nadziejach współczesnej kobiety nie zwala z nóg oryginalnością i odkrywczością, ale wykonanie jest bez zarzutu (zwłaszcza, jeśli się wie o tym, co spotkało Iwonę Olszowską na początku spektaklu).

Teatr Otwartej Kreacji (Kraków). Nie lubię w recenzjach tzw. „wpływologii”, czyli poszukiwania (często „na siłę”) antenatów tego czy innego spektaklu. Jednak w przypadku realizacji „Takie proste” nie sposób nie zauważyć, że jej twórcy i wykonawcy – Beata Owczarek i Janusz Skubaczkowski - są „wychowankami” Śląskiego Teatru Tańca. Ich taniec nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości, a co więcej – wykorzystują sprawdzone przez mistrza Łumińskiego chwyty, jak choćby odwoływanie się do kiczu, które w tym przypadku objawia się nam w arcyzabawnym (ale świetnym w wykonaniu) walcu.

Śląski Teatr Tańca (Bytom). Na występy zespołu Jacka Łumińskiego czeka się w Lublinie za każdym razem, kiedy ma wystąpić w programie naszego festiwalu. Tak też było w tym roku. Oczekiwania były tym większe, ze nawet organizatorzy znali tylko jedną część tryptyku tworzącego spektakl „Makrokrempatologia – myśli mocno potargane” i na tej podstawie zaprosili zespół do Lublina. Czy słusznie? Sądzę, że tak, bo teatr Łumińskiego nigdy nie schodzi poniżej takiego poziomu wykonawczego, o jakim wiele teatrów może tylko marzyć. Spektakl przywieziony do Lublina warto było zobaczyć, bowiem jeśli nawet pierwsza część („Wszystko co robisz...”) była powtórką z tego, co widzieliśmy wcześniej; a druga („Noc rosy”) raziła pretensjonalnością (te płatki czegoś tam sypiące się na tancerza – kłania się kicz, o którym wspomniałem omawiając spektakl Teatru Otwartej Kreacji); to trzecia („Ile czułości”) pokazała, że Jacek Łumiński – jeśli chce – potrafi stworzyć rzecz wręcz urzekającą. Szkoda, że wcześniej trzeba było przetrwać dwie wcześniejsze części spektaklu.

Tyle moich uwag, po części „na gorąco”, bowiem przy pisaniu tego tekstu korzystałem z notatek sporządzanych codziennie po festiwalowych prezentacjach. Nie będę cię silił na próbę podsumowania polskiego teatru tańca, bo byłoby to rzeczą śmieszną, o czym może przekonać lektura recenzji z warszawskiego festiwalu tańca opublikowana niedawno w „Dialogu”. Zamiast tego zachęcam wszystkich do udziału w kolejnej odsłonie lubelskich Spotkań. Ja towarzyszę im od początku i ani razu nie żałowałem. A dziś już czekam na VIII Międzynarodowe Lubelskie Spotkania Teatrów Tańca.

LINKI

Serwisy recenzyjne

›  nowytaniec.pl


›  Critical Dance