PRASA

Siła różnorodności

Andrzej Kowalczyk, Nasze Miasto, 15 listopadda 2002

Po VI Międzynarodowych Lubelskich Spotkaniach Teatrów Tańca

Ilekroć przychodzi mi pisać o Międzynarodowych Lubelskich Spotkaniach Teatrów Tańca zawsze przychodzi mi na myśl taki właśnie tytuł: Siłą różnorodności. Dzieje się tak za sprawą twórców i organizatorów festiwalu - Hanny Strzemieckiej i Grzegorza Rzepeckiego – którzy za każdym razem tak układają jego program, abyśmy otrzymali możliwie jak najszersze spektrum stylów, szkół i kierunków tańca współczesnego; zawsze z dużym powodzeniem. Nie inaczej było i w tym roku. Prześledźmy kolejne prezentacje.

Festiwal otworzył spektakl „Zerem” w wykonaniu Nima Jacoby’s Dance Group z Izraela. Można rzec, że w tym przypadku mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju „metateatrem”. Oto bowiem na scenie dochodzi do spotkania dwóch artystek: tancerki i reżysera światła, które „na oczach” widzów tworzą wspólne przedstawienie. Przy czym nie ma to nic wspólnego z nadużywaną czasem formułą work in progress. Przeciwnie – otrzymujemy spektakl skończony, gruntownie przemyślany i precyzyjnie zrealizowany. Z tańcem prowadzonym na dwóch płaszczyznach: fizycznego ruchu tancerek (Nima Jacoby i Danya Elraz) oraz gry świateł. Całość bardzo oryginalna, czysta i teatralna.

Kalka lat temu, recenzując spektakle Jonathana Burrowsa, zadałem pytanie, jaki będzie kierunek dalszych poszukiwań tego brytyjskiego artysty, czy z jego choreografii – po rezygnacji z muzyki i rytmu – nie zostanie usunięty ...ruch. Ten żart stał się ciałem. Yann Marussich uczynił to w prezentacji „Bleu Provisoire”. Trudno tu mówić o spektaklu; to raczej performance przywodzący na myśl „4’33” Johna Cage’a. Artysta przez cały czas stoi nieruchomo, a jedyny ruch przychodzi z kamery ”wędrującej” po jego ciele i przekazującej monochromatyczny obraz na ekran. Prowokacyjne? – być może. Z pewnością zbyt długie i chyba zbyt daleko wykraczające poza to, co zwykliśmy nazywać tańcem.

Drugi dzień festiwalu był poświęcony Brytyjczykom. W cyklu siedmiu filmów „Capture” można było poznać w zasadzie pełny obraz tańca współczesnego w Wielkiej Brytanii, a także sposoby jego prezentowania, czego – nawiasem mówiąc – możemy Anglikom pozazdrościć. Z kolei Tom Roden i Pete Shenton z New Art Club, już „na żywo”, bez pośrednictwa kamery, w spektaklu „This is modern” dali publiczności „lekcję’ historii tańca współczesnego. Pełną humoru i dowcipu, ale przy tym opartą na gruntownej wiedzy i świetnym przygotowaniu artystów. Z całą pewnością Anglia to jedno z ważniejszych europejskich centrów tańca współczesnego.

Do europejskiej ekstraklasy w tek dziedzinie należą wykonawcy zza naszych wschodnich granic. Niemal każdy występ zespołu stamtąd daje gwarancję najwyższej klasy artystycznej. W tym roku gościliśmy teatry z Litwy i z Białorusi. Litewski Aura Dance Theatre zaprezentował spektakl „Extremum mobile” z choreografią Birute Letukaite. Była to realizacja klarowna, wysmakowana plastycznie, a także wprowadzająca niezwykłe napięcie emocjonalne, swoistą więź pomiędzy wykonawcami a publicznością. A przy tym znakomicie wykonana – litewscy tancerze imponowali świetnym przygotowaniem i sprawnością. Dla mnie była to jedna z najlepszych prezentacji Spotkań i to nie tylko tegorocznych.

Duże wrażenie wywarł również białoruski Teatr Tańca Glierieja. Trzy sceniczne miniatury: „Silence”, The power of fate” i „Blooming May”, wszystkie z choreografią Aleksandra Tebenkova, były zawarte na emocjonalnej skali rozpiętej pomiędzy zadumą a żartem. Harmonijnie łączyły odwołania do klasyki (klasyczne przygotowanie widać zwłaszcza u tancerki, niestety, w festiwalowym folderze nie podano je nazwiska) z najlepszymi wzorcami tańca nowoczesnego. Takich prezentacji chciałoby się oglądać jak najwięcej.

Z mieszanymi uczuciami przyjąłem natomiast spektakl „Item” hiszpańskiego (a dokładnie: katalońskiego) zespołu Bubulus Dance Company. W założeniu jest to przedstawienie o wyobcowaniu, niemożliwości porozumienia się, może nawet samotności wśród innych, co wydaje się dobrym punktem wyjścia. Tyle tylko, iż zostało to pokazane w sposób nieznośnie dosłowny, niemal „łopatologiczny”, co może dziwić tym bardziej, że spektakl miał podwójną reżyserię i zapowiadał się jako najbardziej teatralny. W rezultacie sprowadziło się to jedynie do jego „przegadania” i wydłużenia ponad miarę. W dodatku choreografia była mało interesująca (widziałem co najmniej kilkanaście spektakli opartych w dużej mierze na ruchu naturalnym), a cztery tancerki nie zaimponowały przygotowaniem ani sprawnością.

Ostatni dzień festiwalu rozpoczęli gospodarze Grupa Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej oraz bratni Lubelski Teatr Tańca. Zaprezentowane przez nie spektakle miały (poza udziałem tych samych tancerzy) ten wspólny mianownik, że powstały z inspiracji twórczością plastyczną. Hanna Strzemiecka w spektaklu „Akrobaci, kwiaty i ksiezyc pomiędzy” świetnie przełożyła na język tańca dzieła Marca Chagalla. Wprowadziła nas w świat niezwykłej twórczości tego wielkiego artysty, osadzając ją w pięknej plastycznej przestrzeni wykreowanej przez scenografa Leszka Strzemieckiego. W trakcie oglądania tego spektaklu trudno było się oprzeć wrażeniu, że oto zwiedzamy wystawę prac Chagalla, ożywionych dzięki kunsztowi choreografa. Z kolei Lubelski Teatr Tańca spektaklem „Ku dobrej ciszy” z choreografią Ryszarda Kalinowskiego oraz Anny Żak i w ich wykonaniu przeniósł widzów w świat twórczości Brunona Schulza. Lubelscy tancerze (którzy są również filarami przedstawienia GTWPL) wyłącznie przy pomocy wspartego muzyką ruchu przywołali nie tylko świat intrygujących rysunków z „Księgi bałwochwalczej”, ale także prozy Schulza. To spektakl radujący zmysły czystością formy i precyzją wykonania, a zarazem sięgający do najgłębszych pokładów wrażliwości widza, wręcz do jego intymności. A Anna Żak i Ryszard Kalinowski dowiedli, ze są pierwszymi wśród lubelskich tancerzy. Wielkie brawa dla obydwu lubelskich zespołów.

I wreszcie wielki finał. W słowie: wielki nie ma przesady. To bowiem, co zaprezentował teatr High Frequency Wavelengths a USA ogląda się na prawdę rzadko. Zobaczyliśmy trzy miniatury z choreografią Marilynn Danitz: „Funcadelic”, „Flowing light”, i „Dancers of the deep”. Pierwsza była spojrzeniem na współczesną pop-kulturę, z wykorzystaniem bardzo ciekawego efektu przenoszenia tańca ze sceny na obrazy wideo; druga – to swego rodzaju choreograficzny komentarz do surrealistycznych zdjęc wybitnego fotografika Jerry’ego Uelsmanna; wreszcie trzecia – rozgrywająca się na tle obrazów podwodnego świata, była refleksją nad środowiskiem i miejscem w nim człowieka. Były to prezentacje wręcz wyrafinowane choreograficznie i plastycznie. A co więcej – cztery wybitne tancerki: Elizabeth Eastman, Amber Hirsch, Hannah Ramsey i Beth Williams, które swoją klasę pokazały w solówkach, zaprezentowały się również jako fantastycznie współpracujący zespół. Już dziś apeluję do organizatorów Spotkań o ponowne zaproszenie do Lublina amerykańskich tancerek.

VI Międzynarodowe Lubelskie Spotkania Teatrów Tańca to już historia. Pozostawiły mnóstwo wrażeń i śmiało można powiedzieć, że były jedną z najważniejszych i najlepszych imprez artystycznych w naszym mieście w tym roku. Szkoda, że na następną ich odsłonę trzeba będzie czekać aż dwanaście miesięcy. Ale doświadczenie poucza, że czekać warto.

LINKI

Serwisy recenzyjne

›  nowytaniec.pl


›  Critical Dance