PRASA

Mój jest ten kawałek podłogi - "48/4" Lubelskiego Teatru Tańca

Anna Królica, 9 listopada 2007, nowytaniec.pl

XI Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca zostały zainaugurowane przez premierowy spektakl 48/4 gospodarzy festiwalu, czyli Lubelskiego Teatru Tańca.

Spektakl 48/4 wydaje się być kontynuacją psychologizującej linii Lubelskiego Teatru Tańca, która pojawiła się już we wcześniejszej choreografii I znów, i jeszcze raz. Tym razem na scenie zobaczymy cztery osoby zamknięte w przestrzeni pokoju, z centralnie ustawioną kanapą. Spektakl zaczyna się bardzo energicznie, nie ma ekspozycji, która by wprowadzała widza w świat relacji i powiązań między postaciami. Są tu dwie kobiety - blondynka i brunetka, dwóch mężczyzn. Dwie pary? Trudno powiedzieć… Przez dłuższą część spektaklu tańczą w duecie Anna Żak i Wojciech Kaproń oraz Beata Pałka-Mysiak i Ryszard Kalinowski. Jednak po tym dłuższym fragmencie wszystko się zmieni jeszcze wielokrotnie. Czy są więc jakieś stałe pary? Chyba nie.

Od razu ujawnia się napięta sytuację w wykreowanym pomieszczeniu. W tej kwestii nie zmieni się nic do końca spektaklu. Sprzeczka. Napięcie wzrasta przez nerwowe krążenie Wojtka Kapronia po scenie. Przynajmniej w pierwszej części spektaklu wydaje się, że świat podzielony jest na żeński i męski. Co najciekawsze, kobiety są w tych kontaktach silniejsze, a na pewno potrafią panować nad sobą. Mężczyźni grają bardziej histerycznie, manifestują swoje emocje. Jeśli nie chodzą nerwowo, to rozkładają dramatycznie ręce. Kobiety natomiast pozostają chłodne. Od razu zauważa się bliskość pomiędzy ludźmi, ale i okrucieństwo w ich relacjach. Czy to nieustająca przekora, ciągła rywalizacja, a może zmęczenie sobą? Niemożność bycia razem tancerze manifestują krok po kroku. Mimo to nie mogą podjąć decyzji, żeby odejść. Finałowa scena, to wyjście postaci, kreowanej przez Beatę Pałkę-Mysiak. Tylko ona decyduje się porzucić tę toksyczną przestrzeń i ludzi w nią wrośniętych.

Postacie są niedookreślone, wydaje się, że to celowy zabieg. Nie wiemy, kim są i dlaczego są razem? Czy łączy ich tylko wspólna przestrzeń mieszkania? Oczywiste jest, że są uwięzieni ze sobą, uwikłani w swoich emocjach. Nikt nie może im pomóc, najgorsze, że wybierają trwanie w tym stanie. Więzieniem staje się przestrzeń pokoju, a tak naprawdę ich psychika. Zamkniętą, ograniczoną przestrzeń można odbierać jako eksterioryzację ich wewnętrznych światów i problemów. Nieustające napięcie buduje nie tylko sterylne otoczenie, ale również muzyka.

Zaczyna się od niewinnej przepychanki na kanapie. Okazuje się, że miejsce na niej jest tylko dla trzech osób. Wyalienowany zostaje mężczyzna, kreowany przez Ryszarda Kalinowskiego. Może się przytulać się to do Wojtka Kapronia, to do Anny Żak. Na próżno. Nie znajdzie tam miejsca. Nikt nawet nie drgnie. Przyłączenie się do tej grupy jest dla Kalinowskiego nieosiągalne. Dlaczego? Trudno powiedzieć, bo widz wchodzi w ten świat jakby „od środka”. Niedookreślenie sytuacji stanowi niewątpliwie atut spektaklu.

Później z opozycji „troje przeciw jednemu” sytuacja przenosi się do relacji w mieszanych (damsko-męskich) duetach. A jeśli tak – od razu rodzi się skojarzenie z „walką płci”. Nie brakuje w niej okrucieństwa, ale i jakby wbrew temu, także potrzeby bycia razem. Nie jest to główny temat spektaklu, wydaje się jednak, że intuicyjnie autorzy otarli się on o ten problem.

Taniec jest bardzo szarpany, brutalny. Tancerze często szturchani, popychani, padają na podłogę. Może nawet bardziej niż dotychczas ta forma choreograficzna kojarzy się z fizycznym teatrem. W pewnym momencie niekończąca się przemoc fizyczno-emocjonalna ustaje. Punktowiec wskazuje opustoszałą kanapę. Powstaje obraz o wymowie niemal symbolicznej. Czy ma on przełożenie na dalszą część przedstawienia? Przez chwilę mogłoby się wydawać, że to już koniec spektaklu z bardzo dramatyczną pointą. Można ją czytać jako manifest o pustce naszych relacji i o pustce w ogóle. Może szkoda, że tak się nie stało, gdyż dobrym tempem spektaklu i wyczuleniem na dłużyzny niewielu twórców może się poszczycić. W 48/4 również pojawia się kilka zbędnych powtórzeń. W kilku scenach konstruowane są obrazy o tym samym znaczeniu, tylko z pomocą nieco innych rozwiązań ruchowych. Mimo to, gdyby spektakl skończył się w tym momencie, już z doświadczeniem widza, który zobaczył jego dalszą część, wiem, że nie do odżałowania byłaby strata znacznie mocniejszego faktycznego zakończenia, czyli opuszczenia przestrzeni wewnętrznego terroru przez jednego z wykonawców.

Poza tym niezwykle intensywnie przemawia scena z „lunatykującą” Anną Żak na krawędzi kanapy i jej symboliczny skok, nieudana próba skończenia tej psychomachii. Wewnętrzne emocje ujawniają się w najprostszym, a zarazem najbardziej radykalnym geście „ucieczki”. Przed upadkiem ratują ją opiekuńcze ramiona Ryszarda Kalinowskiego, z których jednak się wyrywa. Sekwencja powtarza się kilkakrotnie, za każdym razem wykonywana jest ze wzrastająca intensywnością. To scena, która zapada w pamięć swoim estetycznym wysmakowaniem.

Ryszard Kalinowski, choreograf 48/4, bliski jest tematowi podjętemu wcześniej przez niemiecką choreografkę Sashę Waltz w Alei Kosmonautów (spektakl był prezentowany w Toruniu na festiwalu „Kontakt”), która pokazywała atmosferę blokowiska berlińskiego i „strasznych mieszczan w strasznych mieszkaniach”. Wtedy narracja balansowała pomiędzy surrealistycznym a realistycznym odtwarzaniem sytuacji. Surrealizm ujawniał się w zachowaniach lokatorów i ich dość niekonwencjonalnych pomysłach zagospodarowania i wykorzystywania przestrzeni mieszkania. Natomiast scenograficznie – powstał bardzo poprawny obraz mieszkania, najbardziej pospolitego, odpowiadającego wszelkim oczekiwaniom wyglądu blokowych „czterech ścian”. Podobnie Gilles Jobin w Steak House pokazał świat ograniczony do jednego mieszkania i dziwacznych losów jego lokatorów. Również scenograficznie akcentowano tu mieszkanie jako szczególne miejsce, z całym inwentarzem tj. kredensem kuchennym z naczyniami, kanapą, telewizorem, stołem czy koszem na śmieci. Kiedy zagraniczne produkcje stroniły od psychologicznego traktowania tematu, odsyłając do realistycznie odwzorowanej codzienności „pod wspólnym dachem”. Lubelski Teatr Tańca koncentruje się głównie na psychologicznym przedstawianiu wydarzeń. Poza kanapą nie ma żadnych innych mebli ani zamierzenia odwzorowania przestrzeni mieszkalnej. Postacie są jakby wyjęte poza anturaż codzienności, nie znajdzie się tu miejsca na zainscenizowane sceny niczym z dramatu obyczajowego. Nie ma żadnego wspólnego jedzenia, sprzątania, oglądania telewizji – konkretów i sytuacji jakie wynikają ze wspólnego mieszkania. Wszystkie sceny rozgrywają się na płaszczyźnie emocjonalnej. Mieszkanie 48/4 jest tylko pretekstem do pokazania emocji, psychologicznego zmęczenia. Psychologizm zaszczepiony przez metodę Stanisławskiego w polskim teatrze (nie tylko teatrze tańca, a także teatrze dramatycznym) jest bodaj najbardziej popularną metodą pracy i konstruowania rzeczywistości, relacji na scenie. Nie bez znaczenia są tu także lata komunizmu, kiedy awangarda była nieustannie krytykowana i nie dopuszczana do szerszego obiegu. Wielu krytyków patrzy na te wieczne próby psychologizacji teatru sceptycznie. Niezadowolenie wynika z potrzeby nowych doznań. Jednak publiczność wbrew temu zdecydowanie najlepiej odnajduje się w tym nurcie. Dlatego premiera LTT znalazła i znajdzie jeszcze wielu entuzjastów.

48/4 charakteryzuje przede wszystkim bardzo klarowna budowa, konsekwencja w prowadzeniu tematu oraz emocjonalność. Uwagę przyciąga reżyseria świateł Aleksandra Janasa. Zaciekawienie mogą budzić rzucane na podłogę świetlne kolorowe kwadraty. Czy miały one symboliczne znaczenie? Czy podkreślały tylko w ekstrawagancki sposób istotny aspekt przestrzeni mieszkania, w który każda z postaci, chciałaby móc powiedzieć jak w piosence: „mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi więc co mam robić”… 48/4 jest krytyczną diagnozą kontaktów międzyludzkich, nie dającą jednak żadnej gotowej recepty.

LINKI

Serwisy recenzyjne

›  nowytaniec.pl


›  Critical Dance