PRASA

Po VI Spotkaniach Teatrów Tańca

Grzegorz Józefczuk, Gazeta Wyborcza - Lublin, 12 listopada 2002

Młoda publiczność, zapełnione sale, zaskakujący i zarazem dobry program - to najkrótsza recenzja lubelskiego festiwalu teatrów tańca.

Szósta edycja Międzynarodowych Lubelskich Spotkań Teatrów Tańca nie pozostawia wątpliwości: ta impreza wrosła na dobre w kulturalny pejzaż Lublina i cieszy się rosnącym zainteresowaniem. Wypełnione sale Centrum Kultury, Chatki Żaka czy Teatru Muzycznego są tego największym dowodem. Nie po raz pierwszy dominowała młoda publiczność, a to oznacza, że Spotkania - organizowane przez samorządowe Centrum Kultury - odpowiadają oczekiwaniom młodzieży, szczególnie ze środowisk akademickich.

Współczesny teatr tańca to wciąż formująca się gałąź sztuki, której granice przebiegają gdzieś między gimnastyką artystyczną i tańcem klasycznym a po prostu teatrem "normalnym". Tę postawę różnorodności poszukiwań zupełnie dobrze odzwierciedlał program zakończonej w poniedziałek szóstej edycji Lubelskich Spotkań Teatrów Tańca. Przywołajmy dwa przykłady. Yann Marussich z Genewy zaskoczył chyba najbardziej - przedstawił spektakl... bez ruchu. To jak grać muzykę bez dźwięków - rodzaj niezwykłego, prowokującego do przemyśleń performance. Podczas pokazu ciało artysty starało się pozostać w zastygnięciu, ujęte w specjalną konstrukcję, zaś jego poszczególne partie filmowała i projektowała na ekran kamera, mechaniczno-elektroniczny odpowiednik oka... Zachwycano się zespołem New Art Club, tancerzami z Londynu, oklaskiwanymi za perfekcję techniczną i humor, a nawet - autoironię. Ci zaś prowokowali publiczność jeszcze innymi niż Yann Marussich pytaniami: o autentyczność oraz o granice banału i kiczu. A publiczność wprost ryczała ze śmiechu. Za pomocą właśnie banalnych ruchów i układów choreograficznych, wsparci najprostszą dramaturgią światła i rytmem muzyki oraz rekwizytem, budowali zaskakujące, intrygujące sceny, by po chwili je rozbić i ośmieszyć. Jakże niewidoczna jest granica między cyrkową błazenadą dla rozrywki a wyrażaniem przez taniec przeżyć najgłębszych - zdawali się pokazywać ci dwaj londyńscy tancerze.

Lubelskim akcentem - i to znaczącym - była polska premiera spektaklu "Akrobaci, kwiaty i księżyc pomiędzy" przygotowanego przez Grupę Tańca Politechniki Lubelskiej i Lubelski Teatr Tańca. Rzecz niezwykła - lublinianie zrobili ten spektakl na prośbę Muzeum Chagalla w Witebsku, na przypadającą w tym roku w lipcu 115 rocznicę urodzin wielkiego malarzy. W Witebsku realizację w choreografii Hanny Strzemieckiej i scenografii Leszka Strzemieckiego przyjęto owacyjnie. W Lublinie spektakl również uwiódł publiczność, lecz poprowadził ją raczej w rewiry zadumania. Ktoś powie: cóż prostszego niż ożywić obrazy Chagalla, efekt murowany! A tymczasem twórcy "Akrobatów..." w ogóle nie poszli tym, skądinąd - banalnym tropem, stworzyli własną wizję chagallowskiego świata. Na scenie mijają się ludzie tak, jak mijają się ludzkie czasy, tak jak nawarstwiają się wspomnienia, krążą w przestrzeni - i nie wiadomo, czy spotkania między nimi są przypadkiem czy koniecznością.

Bardzo ciepło przyjęto również "Ku dobrej ciszy", lubelski spektakl w choreografii Ryszarda Kalinowskiego i Anny Żak (i w ich wykonaniu), nagrodzony na prestiżowym festiwalu w Kaliszu. Chociaż już pokazywany, ma w sobie ten rodzaj kuszącej powabności, że można go oglądać po wielokroć. Tym razem tancerzy zainspirowała postać i twórczość Brunona Schulza. "Ku dobrej ciszy" to delikatna, niemalże liryczna opowieść o bliskości i oddaleniu kobiety i mężczyzny, o wzajemnych grach, fascynacjach i poniżeniach, w końcu - o artyście i jego muzie, realnej lub wydumanej. Kobiece stopy opierają się na otwartej księdze, mną karty, może to powieść, może pamiętnik, księga zapisana, a może jeszcze nie...

LINKI

Serwisy recenzyjne

›  nowytaniec.pl


›  Critical Dance